Niemal dwukrotnie więcej osób wyjeżdża z Polski na studia, niż przyjeżdża do nas z zagranicy. Polskie uczelnie w ramach spełniania wymogów Unii Europejskiej muszą poprawić wyniki. Jednak zamiast jakością kształcenia kuszą obcokrajowców wizami. Szkoły wyższe udają, że uczą. Studenci, że studiują. Zgadza się jedynie statystyka.

Obecnie obcokrajowcy na polskich uczelniach stanowią 2 proc. studentów. Unia chciałaby, żeby docelowo przynajmniej 20 proc. odbywało część kształcenia w innym państwie. Tak przynajmniej wynika z komunikatu z konferencji ministrów odpowiedzialnych za szkolnictwo wyższe krajów uczestniczących w procesie bolońskim.

Jest tam zawarte wskazanie, aby w roku 2020 co najmniej 20 proc. studentów uzyskujących dyplom w Europejskim Obszarze Szkolnictwa Wyższego wcześniej odbyło okres studiów lub szkolenia za granicą. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) chce, aby polskie uczelnie się internacjonalizowały, czyli zwiększały liczbę studentów z zagranicy. Na razie jednak proponuje, aby odsetek cudzoziemców w polskich szkołach wyższych wynosił co najmniej 5 proc.

Na naszej uczelni cudzoziemcy to ok. 3 proc. Zrealizowanie propozycji ministrów Unii Europejskiej wydaje się trudne – mówi prof. Katarzyna Chałasińska-Macukow, była rektor Uniwersytetu Warszawskiego. Zaś rzecznik UW dodaje, że to i tak dobry wynik w porównaniu z innymi polskimi uczelniami, gdzie średni odsetek zagranicznych studentów waha się w okolicach 1 proc. A jeżeli przyjeżdżają, to rzadko kiedy z UE. Polskie uczelnie wybierają przede wszystkim studenci z Ukrainy, Białorusi, Kazachstanu, ale także z Chin i Malezji.

Internacjonalizacja już teraz przekłada się na ocenę szkoły wyższej. Przeprowadza ją Polska Komisja Akredytacyjna (PKA), która opiniuje jakość kształcenia. Profesor Marek Rocki, przewodniczący PKA, zaznacza, że w związku z tym niektóre uczelnie podejmują działania niezgodne z prawem.

Internacjonalizacja w części szkół wyższych przeradza się w patologię. Na przykład polega na sprzedawaniu wiz do Schengen – mówi prof. Marek Rocki.

Polega to na tym, że szkoła wyższa zapisuje na swoich listach cudzoziemców. Za pierwszy semestr pobiera czesne. Student otrzymuje wizę i dalej wędruje w świat. Uczelnia zyskuje pieniądze, a cudzoziemiec ma zgodę na pobyt w UE. Inne placówki z kolei mają na swoich listach dyżurnych cudzoziemców. Widnieją oni na rejestrach tylko po to, aby szkoła otrzymała lepszą ocenę od PKA.

Jedna ze sprawdzanych przez nas szkół wyższych miała zapisanych dwóch Portugalczyków. Jednak nie prowadziła żadnych zajęć w języku angielskim, nie potrafiła też wskazać, w jakich zajęciach oni uczestniczą. Nie wiem, czy oni tak naprawdę nie pracowali w Biedronce – opowiada prof. Marek Rocki.

Takie działania nie przybliżają nas do celów, jakie ma realizować internacjonalizacja.

Chodzi przecież o to, aby cudzoziemcy zachęceni renomą polskich szkół wyższych chcieli u nas studiować. Dzięki temu Polska będzie miała swoich ambasadorów na świecie, którzy będą promowali nasz kraj i skłaniali do wyboru polskich uczelni – uważa prof. Rocki.

Choć liczba studentów z zagranicy rośnie – jest ich obecnie ok. 30 tys., to nadal stanowią oni zaledwie 2 proc. ogółu uczących się. Bilans jest ujemny – mniej się uczy u nas, niż wyjeżdża z Polski.

Z szacunków wynika, że dwukrotnie więcej studentów z Polski podejmuje studia za granicą, niż przyjeżdża do nas – przyznaje prof. Andrzej Koźmiński z Akademii Leona Koźmińskiego, która ma 30 proc. umiędzynarodowienia. Przykładowo z danych programu wymiany akademickiej Erasmus wynika, że w ciągu ostatnich 15 lat w sumie wyjechało ponad 123 tys. polskich studentów.