Blisko 36 tysięcy studentów z zagranicy studiuje dziś na polskich uczelniach – wynika z najnowszych danych GUS. Jeszcze rok temu było ich 29 tysięcy. Mimo że jest ich coraz więcej, wciąż jesteśmy pod tym względem w ogonie Europy.

Dziś żacy spoza Polski stanowią 2,3 proc. wszystkich studentów w naszym kraju. Według unijnych wskazówek do 2020 roku powinno ich być 20 procent. Taki wynik będzie jednak trudno osiągnąć.

By uczelnia mogła być postrzegana jako międzynarodowa, musi mieć co najmniej 20 procent studentów z zagranicy. Aby nasz system wyższej edukacji mógł się rozwijać, wyłapywać nowe talenty, budować system ponadnarodowych kontaktów i, co ważne, zarabiać, takich słuchaczy powinno być co najmniej 5 procent wśród wszystkich studiujących – ocenia dr Krzysztof Pawłowski, założyciel Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu. – Świetnie, że przyjeżdża do nas coraz więcej młodzieży z zagranicy, ale wciąż jest jej za mało – dodaje Pawłowski.

Tanio to atrakcyjnie

Większość osób przyjeżdżających do nas na studia to Białorusini (3,7 tys.) i Ukraińcy (ponad 15 tys.). Ale od kilku lat widać też rosnące zainteresowanie Polską jako kierunkiem edukacyjnym wśród Skandynawów (łącznie jest ich już blisko 3 tys.) i Hiszpanów (ponad 1,3 tys.). Pierwszy większy skok wśród tych grup narodowościowych zaobserwowano po naszym wejściu do Unii Europejskiej, drugi – wraz z początkiem kryzysu gospodarczego. Właśnie dzięki wejściu do Unii i do wspólnego bolońskiego systemu ocen wyższej edukacji polskie szkolnictwo zyskało na stabilności, a spowolnienie gospodarcze spowodowało, że młodzież zaczęła szukać po prostu tańszej oferty edukacyjnej.

Za mało Chińczyków

W tej sytuacji polskie uczelnie, szczególnie te o ugruntowanej historii oraz techniczne i medyczne, zauważyły dla siebie szansę na ściągnięcie młodych ludzi z zagranicy. Niektórym idzie to całkiem nieźle. – Na pełnych studiach uczy się 1,5 tys. cudzoziemców. Więcej niż drugie tyle przyjeżdża na studia częściowe, np. w ramach programu Erasmus Plus. Odsetek zagranicznych studentów na UW wzrósł w ostatniej dekadzie ponad 2,5 razy i dziś już 3 procent ogółu naszych studentów to obcokrajowcy – tłumaczy Olga Basik z Uniwersytetu Warszawskiego. Także na KUL czy Uniwersytecie Jagiellońskim studentów z zagranicy jest już sporo ponad 3 procent.

Mimo tych wzrostów wciąż wypadamy blado na tle nie tylko Europy Zachodniej, lecz także naszego regionu. Obok Chorwacji jesteśmy pod tym względem najmniej umiędzynarodowionym krajem Unii. Szczególnie słabo wypadamy pod względem ilości studentów z Azji. Studiuje u nas zaledwie 670 Chińczyków, 413 Tajwańczyków i 318 Hindusów.

Na świecie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, szkolnictwo wyższe to także biznes edukacyjny, który według niektórych wyliczeń daje wpływy wielkościowo zbliżone do przemysłu samochodowego. W ogromnej części zarabia się właśnie na studentach z Azji i z Indii. Byłoby ogromnym błędem, gdybyśmy i my z tej możliwości nie skorzystali – przekonuje dr Pawłowski.

Bądźmy przyjaźni

Dziś zagraniczni studenci zostawiają w Polsce około 100 mln euro rocznie.

Jest więc o co się starać, szczególnie że w regionie Azji Południowej, Pacyfiku i Indii do 2020 roku liczba uczących się w wyższych szkołach ma się podwoić. – By skorzystać z tego źródła młodych, żądnych wiedzy ludzi, musimy w pierwszej kolejności zmienić politykę wizową. Wciąż ogromna większość Azjatów starających się o wizy studenckie ich nie dostaje, a więc Polska nie jest w tych krajach postrzegana jako kraj otwarty – dodaje Pawłowski.

Uczelnie starają się być jak najbardziej dla nich przyjazne. Dziś prowadzonych jest w Polsce już około 500 kierunków studiów w języku angielskim i rozbudowywane są oferty dla kolejnych zainteresowanych. Szczególnie zależy szkołom na pozyskaniu studentów nauk ścisłych. Konferencja Rektorów Polskich Uczelni Technicznych rozpoczęła projekt skierowany do przyszłych inżynierów „Study Engineering in Poland”, zaczęto też starania o ściągnięcie młodzieży z Brazylii poprzez wejście za pośrednictwem programu „Science without borders”.

***

Już radzimy sobie z nostryfikacją dyplomów lekarskich

Na Tajwanie w szpitalach od kilku lat pracują lekarze, którzy ukończyli polskie uczelnie medyczne. Jednak nie do końca podoba się to absolwentom tajwańskich akademii. Co chwilę powraca tam temat kwestionowania poziomu nauczania w naszym kraju i tego, że te studia w Polsce są dużo łatwiejsze niż na Tajwanie. Kilka lat temu tamtejsi studenci lobbowali za przeprowadzeniem zmian w ustawie o zawodzie lekarza, tak by absolwenci polskich uczelni medycznych musieli po powrocie odbyć specjalne praktyki, nostryfikować swoje dyplomy i zdawać egzamin. Takie zmiany jednak nie zostały wprowadzone.

Także i w Polsce największe problemy bywają z uznaniem dyplomów lekarzy, tyle że tych wykształconych na Wschodzie: w Rosji, na Ukrainie czy Białorusi. W ostatnich latach kilkukrotnie kierowano w tych sprawach interpelacje poselskie celem wyjaśnienia zasad uznawalności tego wykształcenia. To tak naprawdę jednak są pojedyncze przypadki. Odkąd Polska jest sygnatariuszem konwencji lizbońskiej o uznaniu kwalifikacji związanych z uzyskaniem wykształcenia wyższego w regionie Europy, większych trudności w tej kwestii nie ma.

Konwencja ta zawiera wytyczne odnośnie do ogólnych zasad oceny zagranicznych kwalifikacji i dobrej praktyki w ich uznawaniu i co ważne, nakłada obowiązek dokonywania – na wniosek osoby zainteresowanej – „sprawiedliwej oceny kwalifikacji i wykształcenia uzyskanego w innym kraju”. Tak więc wiele polskich uczelni zapewnia cudzoziemcom pomoc w zakresie nostryfikacji niezbędnych dokumentów już na etapie rekrutacji na studia.

Dodatkowo Polska zawarła dziewięć (sześć z państwami członkowskimi UE, a także z Białorusią, Ukrainą oraz Libią) dwustronnych umów w sprawie wzajemnego uznawania dokumentów o wykształceniu i nadaniu stopni naukowych, na podstawie których ww. dokumenty są uznawane przez umawiające się strony w sposób automatyczny.

Dyżurni cudzoziemcy na listach i sprzedawanie przepustek do Schengen

Niemal dwukrotnie więcej osób wyjeżdża z Polski na studia, niż przyjeżdża do nas z zagranicy. Polskie uczelnie w ramach spełniania wymogów Unii Europejskiej muszą poprawić wyniki. Jednak zamiast jakością kształcenia kuszą obcokrajowców wizami. Szkoły wyższe udają, że uczą. Studenci, że studiują. Zgadza się jedynie statystyka. Internacjonalizacja już teraz przekłada się na ocenę szkoły wyższej. Przeprowadza ją Polska Komisja Akredytacyjna (PKA), która opiniuje jakość kształcenia. Profesor Marek Rocki, przewodniczący PKA, zaznacza, że w związku z tym niektóre uczelnie podejmują działania niezgodne z prawem. – Internacjonalizacja w części szkół wyższych przeradza się w patologię. Na przykład polega na sprzedawaniu wiz do Schengen – mówi prof. Marek Rocki. Polega to na tym, że szkoła wyższa zapisuje na swoich listach cudzoziemców. Za pierwszy semestr pobiera czesne. Student otrzymuje wizę i dalej wędruje w świat. Uczelnia zyskuje pieniądze, a cudzoziemiec ma zgodę na pobyt w UE. Inne placówki z kolei mają na swoich listach dyżurnych cudzoziemców. Widnieją oni na rejestrach tylko po to, aby szkoła otrzymała lepszą ocenę od PKA.