Przygotował się pan już do nowego roku akademickiego w trybie on-line? Ma pan wypracowane sposoby na to, żeby studenci podczas pańskich wykładów nie uprawiali seksu albo nie robili innych dziwnych rzeczy – jak to wynika z pańskich badań?

Reklama

Prawdę mówiąc mój sposób na najbliższy semestr polega na tym, że wyjeżdżam na staż naukowy na Węgry, do Gödöllő, gdzie mieści się Uniwersytet Świętego Stefana. Razem z tamtejszymi naukowcami, ale także innymi badaczami pochodzącymi z krajów Grupy Wyszehradzkiej, prowadziliśmy już wcześniej analizy dotyczące świadomości ekonomicznej studentów, które niedawno ukazały się zresztą w formie monografii. Teraz ten projekt został rozszerzony o tematykę systemu wartości studentów w odniesieniu do ich postaw względem rynku pracy. Gödöllő to dobre miejsce dla takich badań. Na tamtejszej uczelni jest wiele kierunków – nazwijmy to – praktycznych, jak biotechnologia czy nauki rolnicze, studiuje tam wielu obcokrajowców, także spoza Europy. Tyle, że plan tego projektu powstał końcem ubiegłego roku. Obecnie sytuacja się bardzo zmieniła, Węgry również notują wysoki wzrost liczby zakażeń koronawirusem, nauczanie w szkołach wyższych będzie się odbywało – podobnie jak u nas – w systemie hybrydowym, z naciskiem na zdalne. Trzeba będzie więc dostosować plany do rzeczywistości. Ale jestem dobrej myśli.

Trzymam kciuki, ale dziś chciałam z panem porozmawiać o badaniach, które już się odbyły. Jakie wnioski wypływają z nich na rozpoczynający się rok akademicki? Biorąc pod uwagę, że większość uczelni będzie nauczała zdalnie.

Na pewno będzie to trudny rok akademicki, szczególnie dla studentów pierwszego roku. Nie będą oni mieli szans zaprzyjaźnić się ze swoimi koleżankami i kolegami, spotkać się oko w oko z wykładowcami, nie poznają infrastruktury swojej uczelni. Bardzo im współczuję. Z drugiej strony może będzie też łatwiej, niż w marcu czy kwietniu, kiedy zarówno studenci, jak i wykładowcy zostali nagle i zupełnie niespodziewanie wrzuceni do wirtualnej przestrzeni. Wszyscy byliśmy w szoku poznawczym, z tego zamieszania wzięły się też nasze badania – chcieliśmy się dowiedzieć, co myślą młodzi ludzie, jak tę sytuację odbierają, w jaki sposób wchodzą w rolę słuchaczy zdalnych zajęć. Razem ze studentką Uniwersytetu Śląskiego Nicole Tomanek opracowaliśmy ankietę, którą wypełniło 1300 studentów z całej Polski, z różnych kierunków, uczących się także zaocznie, była to bardzo zróżnicowana próba, pozwalająca na wyciągnięcie pewnych wniosków. Pierwszy to taki, że po początkowym szoku, większość – zarówno wykładowców, jak i studentów – szybko się zaadaptowała do niestandardowej sytuacji. Oczywiście, studentom przyszło to łatwiej i szybciej, a i nie zawsze kierunek tej adaptacji był zgodny z oczekiwaniami wykładowców. Podczas gdy wykładowcy, będący gośćmi w świecie wirtualnych tubylców, pilnie i niejednokrotnie po omacku szukali ścieżek, którymi mogliby przekazywać efektywnie wiedzę – część studentów reorganizowała swoją edukację w taki sposób, aby minimalizować niezbędne do studiowania nakłady uwagi i czasu. Studenci potrafili skutecznie sprawiać wrażenie, że funkcjonują na zajęciach, zajmując się równolegle tysiącem innych rzeczy. Tymczasem przyswajanie wiedzy wymaga przecież skupienia się i uwagi. W jednej z odpowiedzi studenta pojawiło się stwierdzenie, że w końcu można idealnie połączyć pracę ze studiami – po prostu będąc w pracy ma się włączoną aplikację Teams, stwarzając pozory uczestnictwa w zajęciach. Inny badany student był wręcz oburzony, że wykładowcy żądają, aby się odezwał podczas sprawdzania obecności, choć "przecież mają świadomość, że studenci podczas zajęć robią wiele innych rzeczy".

Na przykład uprawiają...

Ta dziewczyna, która w ankiecie o tego rodzaju aktywności wspomniała, to jednostkowy, anegdotyczny przypadek. Większość – poza pracą – zajmowała się bardziej przyziemnymi rzeczami: robili zakupy, wyprowadzali psa, brali kąpiel czy gotowali. Bardzo sobie cenili takie benefity, jak ten, że można dłużej spać. Wystarczy nastawić budzik pięć minut przed zajęciami, zalogować się, i nie wstając z łóżka w nich uczestniczyć.

Mnie rozbawiła dziewczyna, która zadeklarowała, że w trakcie zajęć strzela z łuku.

Tak, ale ona, jak twierdziła, robiła to w celu lepszego skupienia się podczas zajęć. Nauczanie on-line to wielka batalia o uwagę studentów. Nawet podczas zajęć stacjonarnych wielu z nich miało kłopot, żeby wytrzymać na półtoragodzinnych zajęciach nie zerkając co jakiś czas do smartfona. Ale robiono to przynajmniej dyskretnie, bo w poczuciu pewnego naruszania zasad uczelnianego savoir vivre. Przebywanie na zajęciach stacjonarnych było przy okazji formą ćwiczenia uważności i umiejętności egzystencji w stanie wylogowanym. Tymczasem studiowanie on-line jest królestwem multitaskingu. Można pisać ze znajomymi na messendżerze, grać w internetowe gry, słuchać muzyki. Przebijanie się przez te aktywności staje się dla wykładowców prawdziwym wyzwaniem.

Jak sobie wykładowcy radzili? Udało się?

Nie prowadziłem badań wśród kadry akademickiej, mogę się opierać zatem wyłącznie na odpowiedziach studentów i na własnych obserwacjach. Na początku nieco po omacku szukaliśmy sposobu, żeby podtrzymywać poziom nauczania stacjonarnego. Ale przeniesienie jeden do jednego sprawdzonych w realu metod nauczania nie jest możliwe, trzeba było szukać alternatywnych rozwiązań. Takich modyfikacji, które pozwolą zaadaptować się do nowych warunków, możliwie bez straty jakości przekazu wiedzy. Sam część swoich wykładów zamieniłem w formułę quasi-audycji, wykorzystując krótkie materiały filmowe czy wprowadzające w tematykę piosenki. To oczywiście ryzykowna ścieżka, ale przeplatając swój wywód multimediami starałem się podtrzymać zainteresowanie studentów. Wbrew pozorom, czasem trudniej było zrobić wykład on-line w taki sposób, żeby był interesujący, przykuwający uwagę, niż przeprowadzić ćwiczenia czy seminaria. Dobitnie doświadczyłem tego, jak wielkie znaczenie ma komunikacja pozawerbalna. Będąc na sali wykładowej widzę, czy mnie studenci słuchają, czy raczej ziewają, mogę w odpowiednim momencie przytoczyć jakąś anegdotę, żeby przełamać monotonię – jest interakcja. A tu nic, próżnia, zimne oko kamery. Po kilku godzinach przemawiania do laptopa miałem poczucie olbrzymiego odrealnienia.

Większość studentów wyłączała bowiem kamery.

To zrozumiałe, nie chcieli, żebyśmy widzieli, czym się zajmują podczas zajęć. Zaledwie 2 proc. naszych respondentów zawsze włączało kamerę. To tylko pozornie jest błaha sprawa. Dla wykładowcy to sytuacja przypominająca prowadzenie zajęć ze studentami siedzącymi do niego tyłem na sali wykładowej. Nie widzimy ich twarzy, chociaż wiemy, że są i nas słyszą. Ale nie możemy studentów zmusić do tego, by włączali kamery, możemy tylko zachęcać. Czasem jest to też kwestia związana z jakością połączenia internetowego.

Nauczyciel akademicki nie może sobie pozwolić na wyłączenie kamery, nie może prowadzić zajęć w dresie.

Reklama

Z deklaracji studentów wynika, że kadra wykładowców w zdecydowanej większości (70 proc.) pokazywała się studentom podczas zajęć, podtrzymując równocześnie uczelniany dress-code (82 proc.). Choć niektórzy moi koledzy opowiadali, że zdarzało im się prowadzić zajęcia w starannie dobranej i nienagannie wyprasowanej koszuli czy nawet w marynarce – oraz dresowych spodniach.

Byliście zmuszeni odsłonić się przed studentami, zaprosiliście ich do swoich domów.

Wydzielenie pokoju, z którego można komfortowo prowadzić zajęcia, nie dla wszystkich, zwłaszcza młodych nauczycieli akademickich, jest łatwe. Zarobki są, jakie są, metraże mieszkań często bardzo skromne. Już nie mówię o tym, że część z nas musiała zainwestować w sprzęt – mikrofony, kamery. Mitologiczne dla wielu wyobrażenie niegdysiejszych żarliwych dyskusji studentów ze swoimi profesorami toczonych w prywatnych przestrzeniach jakby nagle karykaturalnie ziściło się w swojej cyfrowej wersji. Studenci niejednokrotnie słyszą dzieci wykładowców, chrapiące psy, widzą naszą prywatną przestrzeń. Dystans się skrócił. Także podczas dyskusji, bo prowadząc je na czatach trudno używać za każdym razem formuł typu "Szanowny Panie Doktorze".

Jak poradziła sobie starsza kadra w obsłudze sprzętu i, w ogóle internetów? Przecież niektórzy z nich nie byli wcześniej w stanie sami obsłużyć rzutnika.

Faktycznie, starsi profesorowie zostali przymuszeni do pilnego opanowania obsługi tych wszystkich Teamsów czy Zoomów. Warto podkreślić i docenić ten wysiłek. Niewielka tylko część kadry – jak wynika ze studenckich ankiet – ograniczała swoją aktywność dydaktyczną do wysyłania studentom pdf-ów z wykładami czy fragmentów własnych książek. Tak jak kiedyś wyjazdy młodych na migrację zarobkową zmusiły ich rodziców do opanowania Skype’a, czy pojawienie się Naszej-Klasy nauczyło rzesze Polaków obsługi internetu, tak pandemia sprawiła, że starsi wykładowcy przymuszeni zostali do opanowania cyfrowych narzędzi wspierających edukację. Z podziwem obserwuję na przykład podczas egzaminów dyplomowych, jak niezwykle sprawnie radzą sobie z całym tym cyfrowym instrumentarium.

Jak pana zdaniem takie studia wirtualne odbiją się na jakości nauczania.

Intuicja podpowiada, że przy najlepszej woli wszystkich – i wykładowców, i studentów – przekaz wiedzy jest utrudniony, co zapewne odbije się na jakości. Do tego dochodzi jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia: studia, zwłaszcza humanistyczne czy społeczne, nie polegają na samym jednokierunkowym przekazie wiedzy. To także wymiana myśli, ścieranie się poglądów, ich próba w ogniu przeciwstawnej argumentacji, wspólna interpretacja. Poza wszystkim, studia to również spotkania na korytarzu, rozmaite sytuacje towarzyskie – wspólne obiady w przerwach, dyskusje przy kawie, wyjścia na piwo. Szczególnie obecnie, gdy mamy skłonność do zamykania się w swoich środowiskowych bańkach, taka integracyjna rola studiów jest nie do przecenienia. A to wszystko wraz z pandemią zostało nam właśnie odebrane, czy przynajmniej radykalnie ograniczone. Inny przykład: znajoma jest na studiach MBA na jednej z najlepszych i najdroższych polskich uczelni. Zaletą tych studiów, akcentowaną przy rekrutacji, było i to, że będzie się przynależeć do grupy osób, z którymi znajomość jest wartościowa i perspektywiczna. A teraz zamiast networkingu jest siedzenie przed komputerem. Sfrustrowani sytuacją studenci napisali więc list do władz uczelni. Nie, wcale nie z prośbą o obniżenie wysokiego czesnego, lecz postulatem organizacji jakiejś formy spotkania integracyjnego, żeby mogli się poznać, jakoś zniwelować wynikający z pandemii dystans. Jestem pewien, że ten brak kontaktów między studentami także będzie miał skutki w przyszłości.

Jednak w pańskich badaniach wyszło, że większość studentów jest zadowolona z takiej formy nauczania i chciałaby, żeby także po pandemii była ona stosowana.

To są porównywalne grupy: 44 proc. jest zdania, że zajęcia online powinny w jakiejś części pozostać nawet po ustaniu koronawirusowych obostrzeń, natomiast 39 proc. chce w pełni wrócić do nauczania stacjonarnego. To będzie kłopot dla władz uczelni, bo cokolwiek zostanie postanowione, spora część studentów będzie niezadowolona. Kto wie, czy szkoły wyższe nie będą organizowały równolegle dwojakiego rodzaj studiów – zarówno stacjonarnych, jak i online. Dla części osób byłoby to atrakcyjne rozwiązanie. Na przykład dla studentów zaocznych, którzy zamiast spędzać weekendy na zjazdach, wyłączając się z życia rodzinnego, po prostu podłączą się pod sieć. Projektując różne rozwiązania nie można jednak tracić z oczu pytania o jakość takiej dydaktyki. Doświadczenia ostatniego semestru uwidoczniły, jak wiele nieprzekraczalnych ograniczeń łączy się ze zdalnym nauczaniem.